"Archipelag Gulag" - Fragmenty najslynniejszej ksiazki Solzenicyna
Von: McGrath (mcgrath@virgin.com) [Profil]
Datum: 06.08.2008 12:25
Message-ID: <m_emk.182339$x66.25145@newsfe25.ams2>
Newsgroup: alt.languages.polish
Datum: 06.08.2008 12:25
Message-ID: <m_emk.182339$x66.25145@newsfe25.ams2>
Newsgroup: alt.languages.polish
This is a multi-part message in MIME format.
------=_NextPart_000_026F_01C8F7B7.1BA7B270
Content-Type: text/plain;
charset="iso-8859-1"
Content-Transfer-Encoding: quoted-printable
Archipelag Gulag
Aleksander Solzenicyn
2008-08-05, ostatnia aktualizacja 2008-08-05 00:33
I Aresztowanie
Jak trafia czlowiek na ten tajemniczy Archipelag? O kazdej porze dnia
leca tam samoloty,
plyna okrety, turkocza pociagi - ale zaden napis na nich nie wskazuje,
dokad jada. A kasjerzy
na dworcach i pracownicy agencji Sowturist i Inturist beda zdumieni,
jezeli poprosicie ich
o odpowiedni bilecik. Ani Archipelagu w ogólnosci, ani zadnej z jego
niezliczonych wysepek
ci ludzie nie znaja, nie slyszeli o niczym.
Ci, którzy jada na Archipelag, zeby nim rzadzic - trafiaja tam poprzez
uczelnie Ministerstwa Spraw Wewnetrznych.
Ci, którzy jada, zeby Archipelagu pilnowac - trafiaja tam z poboru,
przez komendy uzupelnien.
Ci zas, którzy jada tam umierac, tak jak my, czytelniku, ci trafiaja
tam wylacznie i koniecznie - poprzez aresztowanie!! Czy warto mówic,
ze to chwila, co lamie cale twoje zycie? Ze to piorun, co z nóg wali?
Ze to wstrzas duchowy nie do pojecia, z którym nie kazdy moze sie
oswoic i czesto nabawia sie pomieszania zmyslów?
Wszechswiat ma wlasnie tyle punktów centralnych, ile w nim zywych
istot. Kazdy z nas - jest osia swiata i swiat rozpada sie na kawalki,
gdy czlowiek slyszy sykniecie: "Jestescie aresztowani!".
Skoro c i e b i e juz aresztowano - to czy w ogóle c o s sie uchowalo
w tym trzesieniu ziemi?
Ale - nie potrafiac zacmionym nagle umyslem pojac rozmiarów tego
przewrotu, zarówno najprzemyslniejsi, jak najbardziej prostoduszni z
was, nie umieja w tej chwili wycisnac z calego zapasu swoich doswiadczen
nic wiecej, jak te oto slowa:
Ja?! Za co?!
Pytanie to miliony i miliony razy juz bylo zadawane i nigdy nie
doczekalo sie odpowiedzi.
Aresztowanie - to nagly i razacy przerzut, przewarstwienie, przeskok, z
jednego zycia do calkiem innego.
Po dlugiej, kretej ulicy naszego zycia pedzilismy szczesliwie, albo
brnelismy smutno wzdluz jakichs plotów, plotów, plotów ze zgnilych
desek, suchej gliny, wzdluz murów z cegiel, betonu, zelaza. Nie
zastanawialismy sie - co kryje sie za nimi? Ani okiem, ani domyslem nie
staralismy sie ich przeniknac - a tam wlasnie zaczynal sie kraj GULag,
reka dotknac, dwa metry stad. A ponadto nie dostrzegalismy w tych
plotach niezliczonej ilosci szczelnie dopasowanych, dobrze zamaskowanych
drzwiczek, furtek. Wszystkie, wszystkie te furtki czekaly na nas! - i
oto szybko otworzyla sie jedna z nich, ta fatalna, i cztery biale,
meskie dlonie, nie zgrubiale od pracy, ale chwytliwe, lapia nas za noge,
za reke, za kolnierz, za czapke, za ucho - wciagaja jak tlumok, a furtka
za naszymi plecami, furtka do dawnego zycia, zatrzaskuje sie na zawsze.
To wszystko. Jestes aresztowany!
I niczego innego nie umiesz wymyslic w odpowiedzi prócz jagniecego
bekniecia:
- Jaa?? Za co??
Oto czym jest aresztowanie: to blask oslepiajacy i cios, które
sprawiaja, ze terazniejszosc nagle staje sie przeszloscia, zas to, co
niemozliwe, zaczyna byc pelnoprawna codziennoscia.
I to wszystko. I niczego wiecej nie jestes w stanie pojac - ani w ciagu
pierwszej godziny, ani nawet w trakcie calej pierwszej doby.
Jeszcze tylko blysnie ci w twojej desperacji cyrkowy, papierowy ksiezyc:
"To pomylka! Zaraz sie polapia!".
Cala zas reszta, która sklada sie teraz na tradycyjny i literacki
poniekad obraz aresztowania, zgromadzi sie i ulozy juz nie w twojej
zmaconej pamieci, tylko w pamieci twojej rodziny i sasiadów.
To - ostry nocny dzwonek albo szorstkie pukanie do drzwi. To - dziarskie
postukiwanie niewycieranych butów czujnych agentów operacyjnych. To
- przestraszony swiadek za ich plecami. (A po co ten swiadek? - ofiary
ani o tym pomysla, agenci juz nie pamietaja, ale przewidziane to jest w
instrukcji, wiec musi facet cala noc przesiedziec, a rano dac podpis.
Dla wyrwanego z poscieli swiadka to tez meka: noc po nocy chodzic i
pomagac w areszcie swoich sasiadów i znajomych).
Tradycyjne aresztowanie - to jeszcze zbieranie drzacymi rekoma rzeczy
dla porywanego: zmiana bielizny, kawalek mydla, cos do jedzenia i nikt
jeszcze nic nie wie: co potrzeba, co wolno, jaka odziez najlepsza,
agenci zas poganiaja i przeszkadzaja: "Niczego nie trzeba. Tam go
nakarmia. Tam cieplo". (Wszystko lgarstwo. A poganiaja - na postrach).
Tradycyjne aresztowanie - to jeszcze pózniej, juz po zabraniu
nieboraka, wielogodzinne gospodarowanie w mieszkaniu szorstkiej, obcej,
przemoznej sily. To - wylamywanie, patroszenie, sciaganie i zrywanie ze
scian, wyrzucanie na podloge z szaf i szuflad, wytrzasanie,
rozsypywanie, rwanie - i góry rzeczy nagracone na ziemi, i chrzest pod
podeszwami. I nic swietego podczas rewizji! Przy aresztowaniu maszynisty
kolejowego Inoszyna stala w pokoju trumienka z jego dopiero co zmarlym
dzieckiem. Stróze prawa wyrzucili dziecko z trumny, tam tez szukali.
Wyrzucaja tez chorych z poscieli, zdejmuja bandaze.
I nic w trakcie rewizji nie moze byc uznane za drobiazg! U
historyka-amatora Czetwieruchina zabrano "tyle a tyle arkuszy carskich
dekretów" - a mianowicie dekret o zakonczeniu wojny z Napoleonem, o
zawarciu Swietego Przymierza i tekst litanii przeciw cholerze z 1830
roku. U naszego najlepszego znawcy Tybetu, Wostrikowa, skonfiskowano
bezcenne, starozytne rekopisy tybetanskie (uczniowie zmarlego zdolali
wydostac je z czelusci KGB dopiero po 30 latach!). Przy areszcie
orientalisty Newskiego zabrano manuskrypty tanguckie (a po 25 latach za
ich odcyfrowanie Newski otrzymal nagrode leninowska posmiertnie). Z
Kargera zaharapczono archiwum jenisejskich Ostiaków, zakazano
stosowania ulozonego przezen alfabetu i elementarza - i tak juz musial
sie caly ludek obejsc bez pismiennictwa.
W jezyku inteligentów wszystko to wymagaloby dlugich jeszcze opisów,
a nasz lud tak powiada o rewizji: tego szukaja, co nie schowane.
Skonfiskowane rzeczy wywoza, a czasem kaza niesc aresztowanemu - i Nina
Aleksandrowna Palczynska musiala niesc na plecach wór z papierami i
listami swego niestrudzonego meza - niezyjacego juz wielkiego inzyniera
i Rosjanina - IM w paszcze, na zawsze, niepowrotnie.
A dla tych, co zostaja w domu - dluga kolej porujnowanych, spustoszonych
dni. I próby przekazywania paczek. Ale ze wszystkich okienek tylko
poszczekiwania: "Nie ma w rejestracji", "nie ma tu takiego!". A
jeszcze
zanim podejdzie do okienka, trzeba - jak to bylo w Leningradzie, w zla
godzine, przez piec dni i nocy tloczyc sie w kolejce. I dopiero moze za
pól roku czy za rok, sam aresztant sie odezwie - albo tez ci powiedza:
"Bez prawa korespondencji" - a to juz prawie na pewno znaczy, ze
rozstrzelany.
Jednym slowem - "zyjemy w przekletych warunkach, w których czlowiek
moze zginac bez wiesci i najblizsi mu ludzie, zona i matka... cale lata
nie wiedza, co sie z nim stalo". Prawda to? A moze nie? Napisal to zas
Lenin w 1910 roku, w nekrologu Babuszkina. Tylko trzeba powiedziec
jasno: Babuszkin wiózl transport broni dla celów powstania, za to
tez zostal rozstrzelany. Wiedzial, co ryzykuje. Nie da sie tego
powiedziec o nas, nieszczesnych królikach.
Tak wyobrazamy sobie zwykle aresztowanie.
I rzeczywiscie, nocne aresztowania opisanego tu typu przeprowadza sie u
nas najchetniej, bo maja one wazne zalety. Wszyscy obecni w mieszkaniu
obezwladnieni sa przez strach juz od pierwszego dzwonka. Przyszly
aresztant wyrwany jest z cieplej poscieli, caly jest jeszcze w mocy
pólsennego bezwladu, rozsadek jego jest przycmiony. Przy nocnym
areszcie agenci maja przewage liczebna: przyjezdza ich kilku, sa
uzbrojeni, a maja przeciw sobie pojedynczego czlowieka w niedopietych
portkach; podczas rewizji i przygotowan do drogi na pewno nie zbierze
sie pod brama tlum ewentualnych stronników ofiary. Niespieszna
stopniowosc tych wizyt - naprzód w jednym mieszkaniu, potem w drugim,
jutro w trzecim i czwartym - daje mozliwosc racjonalnego wykorzystania
kadry operacyjnej i umieszczenia pod kluczem liczby obywateli
wielokrotnie wiekszej od calej tej kadry razem wzietej.
Jeszcze te zalete maja nocne areszty, ze ani sasiednie domy, ani
miejskie ulice nie widza ilu w ciagu nocy wywieziono. Najblizszych
sasiadów postraszono, a dla dalszych rzecz nie miala miejsca. Jak
gdyby nigdy nic. Ta sama asfaltowa trasa, która noca smigaly karetki
wiezienne, s u k i, - za dnia kroczy mlode pokolenie ze sztandarami i
kwiatami, spiewajac pelne pogody piesni.
Ale ci, co lapia, ci których cala praca polega tylko na
przeprowadzeniu aresztów, dla których objawy strachu u aresztowanych
sa czyms nudnym i dokuczliwym - maja o wiele szersze pojecie o calej
operacji. Maja cala swoja teorie, nie trzeba naiwnie sadzic, ze jej nie
ma. Aresztowanie - to wazny rozdzial w kursie wiedzy wieziennej i ma za
podstawe pewna solidna doktryne spoleczna. Istnieje klasyfikacja
zatrzyman wedlug rozmaitych cech: sa nocne i dzienne, sa domowe,
sluzbowe i drogowe, sa pierwiastkowe i powtórne, sa indywidualne i
grupowe. Aresztowania róznia sie od siebie w zaleznosci od stopnia
pozadanego zaskoczenia, od stopnia oczekiwanego oporu (ale w
dziesiatkach milionów wypadków zaden opór nie byl oczekiwany, ani
go tez nie bylo). Aresztowania róznia sie zaleznie od waznosci
zaplanowanej rewizji; zaleznie od koniecznosci (czy jej braku)
spisywania skonfiskowanych przedmiotów, opieczetowania izby lub calego
mieszkania; zaleznie od potrzeby uwiezienia równiez zony w slad za
mezem i oddania dzieci do sierocinca, badz zeslania calej reszty
najblizszej rodziny, albo wreszcie - wtracenia do obozu takze
dziadków.
A jeszcze istnieje osobna REWIZJOLOGIA (udalo mi sie przeczytac broszure
dla adeptów Studium zaocznego z Alma-Aty). Bardzo tam chwala tych
prawników, którzy przy rewizji nie lenili sie i przetrzasneli 2 tony
nawozu, 6 metrów polan, dwa wozy siana, oczyscili ze sniegu cala
dzialke przyzagrodowa, rozebrali kaflowy piec, rozgrzebali gnojówke,
skontrolowali miski klozetowe, spenetrowali psie budy, kurniki, domki
dla szpaków, poprzekluwali materace, zrywali plastry z ran, a nawet
wyrywali metalowe zeby, zeby znalezc w nich mikrodokumenty. Studentom
radzi sie goraco, aby zaczynali od rewizji osobistej i nia tez sprawe
konczyli (bo a nuz rewidowany cos capnal w trakcie) i zeby jeszcze raz
odwiedzili to samo mieszkanie, ale o innej porze - i powtórzyli
rewizje.
O, nie, nie, aresztowania sa bardzo róznorodne w formie. Irma Mendel,
Wegierka, dostala któregos dnia w biurze Kominternu (1926) dwa bilety
do Teatru Wielkiego, do pierwszych rzedów. Sledczy Klegel zalecal sie
do niej, wiec go zaprosila. Cale przedstawienie minelo im na czulych
spojrzeniach, po czym Klegel zawiózl Irme... prosto na Lubianke. A
jesli chcecie wiedziec dlaczego pewnego promiennego, czerwcowego dnia w
1927 roku na Kuznieckim Moscie kraglolicej, rudowlosej i pieknej Annie
Skrypnikowej, która dopiero co kupila sobie material na granatowa
suknie, jakis mlody frant grzecznie pomógl wsiasc do dorozki (a
dorozkarz juz sie polapal i caly sie chmurzy: Organy nie zaplaca mu za
kurs) - to musicie zrozumiec, ze nie chodzi o randke, ze to tez jest
aresztowanie: za chwile skreca na Lubianke i wjada w czarna czelusc
bramy.
Jesli zas (22 wiosny pózniej) komandor-podporucznik Borys Burkowski, w
bialym frenczu marynarskim pachnacy droga woda kolonska bedzie kupowal w
cukierni tort dla pewnej panienki - to nie sadzcie, ze tort trafi do rak
tej panny, bo w istocie zaraz zostanie posiekany nozami przy rewizji i w
tym stanie wniesiony przez komandora do jego pierwszej celi.
Nie, nigdy nie byl u nas w pogardzie zaden sposób zatrzymania, ani w
bialy dzien, ani w podrózy, ani wsród tlumu. Idzie to gladko i - tu
wlasnie trzeba sie dziwic! - same ofiary w swietej zgodzie z agentami
zachowuja sie jak najtaktowniej, tak zeby pozostali przy zyciu nie
zwrócili nawet uwagi na zaglade upatrzonego.
Nie kazdego mozna aresztowac w domu, po sakramentalnym zapukaniu do
drzwi (a jesli juz kto puka, to z "administracji", "listonosz"), nie
kazdego mozna aresztowac w miejscu pracy. Jesli przyszly aresztant jest
czlowiekiem przebieglym, to lepiej wziac go w oderwaniu od jego zwyklego
otoczenia - rodziny, kolegów, stronników, z dala od mozliwych
schowków: nie powinien zdazyc niczego zniszczyc, ukryc, przekazac.
Ludziom ze szczytów wojskowych czy partyjnych czasem dawano jakies
nowe stanowisko, podstawiano salonke na dworzec, i aresztowano w drodze.
Zwykly zas, szary smiertelnik, ogluszony masowymi aresztami i juz od
tygodnia zgnebiony zlowrózbnymi spojrzeniami zwierzchników - wzywany
bywal naraz do miejscowej organizacji zwiazkowej, gdzie mu z cieplym
usmiechem wreczano skierowanie do sanatorium w Soczi. Królik wpadal w
rozczulenie - obawy okazaly sie bezpodstawne! Wyraza wiec wdziecznosc, w
tryumfie wraca do domu, zeby spakowac walizke. Do pociagu wszystkiego
dwie godziny, laje wiec zone za opieszalosc. Jest nareszcie na dworcu!
Ma jeszcze troche czasu. W poczekalni albo przy kiosku z piwem, klania
mu sie jakis przemily, mlody czlowiek: "Nie poznajecie mnie. Piotrze
Iwanyczu?". Piotr Iwanycz ma chwile wahania: "Chyba nie... Chociaz...".
Mlodzian tryska braterska sympatia: "Alez, jak to, jak to, ja wam
przypomne..." i z szacunkiem klania sie zonie Piotra Iwanycza: "Prosze
wybaczyc, my z malzonkiem tylko na minutke...". Zona nie ma nic
przeciwko temu, nieznajomy zas trzymajac Piotra Iwanycza konfidencjalnie
za lokiec, uprowadza go - na zawsze, albo na dziesiec lat.
A dworzec wiruje dookola i niczego nie widzi... Obywatele podrózni!
Nie zapominajcie, ze na kazdym wiekszym dworcu jest posterunek GPU i
kilka wieziennych cel.
Natarczywosc tych rzekomych znajomków jest tak zaczepna, ze czlowiek
pozbawiony obozowej, wilczej wprawy jakos nie potrafi sie opedzic. Nie
mysl, ze bedac nawet pracownikiem amerykanskiej ambasady, nazwiskiem,
dajmy na to Aleksander Dolgan, nie zostaniesz aresztowany w bialy dzien,
na ulicy Gorkiego, obok centralnego telegrafu. Nieznajomy twój
przyjaciel rzuci sie w twoja strone, przepychajac sie przez tlum,
szeroko otwierajac zaborcze ramiona: "Sasza! - krzyknie z niczym sie nie
kryjac - stary byku! Ilez to lat, ile zim!... A chodzmyz na bok, zeby
ludziom nie wlazic w parade". A na boku, przy samym chodniku, juz
zatrzymuje sie auto... (minie kilka dni i TASS z gniewem stwierdzi we
wszystkich gazetach, ze kola zblizone nic nie wiedza o zniknieciu
Aleksandra Dolgana). A co to za sztuka? Nasi molojcy lapali w ten
sposób ludzi w Brukseli (tak schwytano Zore Blednowa), cóz dopiero w
Moskwie!
Trzeba jednak wyrazic ORGANOM zasluzone uznanie: podczas gdy dzis
przemówienia i sztuki teatralne wydaja sie - podobnie jak konfekcja
damska - dzielem jednej sztancy, rodzaje aresztowan ciesza swoja
rozmaitoscia. Odprowadzaja cie na bok w fabrycznej portierni, gdzie
dopiero co pokazales przepustke - i juz jestes zlapany, biora cie ze
szpitala wojskowego z temperatura 39 stopni (Ans Bernsztejn) i lekarz
nie sprzeciwia sie temu (a spróbowalby sie sprzeciwic!); biora cie
wprost ze stolu operacyjnego, po operacji rany zoladka (N.M. Worobiew,
inspektor okregowego wydzialu oswiaty - 1936) i ledwie zywego,
okrwawionego, pakuja do celi (wspomnienia Karpunicza); starasz sie
(Nadia Lewicka) o widzenie ze skazana juz matka, daja ci je! - a okazuje
sie, ze to konfrontacja i aresztowanie! Zapraszaja cie w sklepie
"Gastronom" do dzialu zamówien - i tam cie aresztuja: zostajesz
aresztowany przez wagabunde, który na wszystkie swietosci zaklinal
cie, zebys mu pozwolil przenocowac pod twoim dachem; zostajesz
aresztowany przez montera, który przyszedl sprawdzic licznik;
aresztuje cie rowerzysta, który potracil cie na ulicy: konduktor w
pociagu, kierowca taksówki, rachmistrz kasy oszczednosci i bileter w
kinie - kazdy z nich cie aresztuje, i dopiero poniewczasie mozesz sobie
obejrzec gleboko schowana legitymacje koloru bordo.
Czasem aresztowanie wydaje sie jakas gra - tyle zainwestowano w nie
zbednej pomyslowosci i sytej energii, a przeciez ofiara i tak by nie
stawiala oporu. Czy agenci operacyjni chca w ten sposób uzasadnic
potrzebe swoich funkcji i swojej liczebnosci? Jak sie zdaje,
wystarczyloby rozeslac wszystkim upatrzonym króliczkom po wezwaniu - a
juz one same o wyznaczonej godzinie, co do minuty, pokornie stana z
tlumoczkiem pod czarna brama urzedu bezpieczenstwa, aby zajac swoja
czesc powierzchni mieszkalnej we wskazanej celi. (Zreszta -
kolchozników tak wlasnie bierze sie pod klucz; czy to warto jechac
noca i szukac jakiejs chaty po bezdrozach? Wzywa sie jednego z drugim do
rady gromadzkiej i tam go sie juz zabiera, jak swojego. Czarnoroboczych
wzywa sie do fabrycznego kantoru).
-------------------------------------------------------------------------
----------
Rzecz jasna, kazda maszyna ma swoja zdolnosc przepustowa, nie przelknie
wiecej, niz potrafi. W trakcie pekajacych w szwach od nadmiaru lat
1945-46, kiedy ciagnely jeden za drugim kolejowe eszelony het, z Europy,
i trzeba bylo je wszystkie naraz pochlonac i wyprawic do GULagu - nie
bylo juz miejsca na te luksusowa gre, sama teoria porzadnie wyleniala,
powylazily rytualne piórka i uwiezienie dziesiatków tysiecy
wygladalo jak mizerny apel: stoja sobie ichmoscie ze spisami, z jednego
pociagu wywoluja, pakuja do drugiego - i to wszystko.
W ciagu kilku dziesiecioleci aresztowania polityczne mialy u nas te
osobliwa ceche, ze podlegaly im osoby, które nie popelnily zadnej winy
- i wlasnie dlatego nie myslace o zadnym oporze. Wytworzylo sie
powszechne poczucie osaczenia, szerzylo sie przekonanie (w warunkach
systemu paszportów i meldunków - dosyc sluszne zreszta), ze przed
GPU-NKWD nie sposób uciec. I nawet kiedy epidemie aresztowan
dochodzily do zenitu, kiedy ludzie idac do pracy co dzien zegnali sie z
rodzina, bo nie byli nigdy pewni, czy wróca wieczorem - nawet wtedy
prawie nie próbowali uciekac (w rzadkich tylko wypadkach wybierali
samobójstwo). O to wlasnie chodzilo. Bezrogi baran wilkowi najmilszy.
Powodem tego bylo tez niezrozumienie mechanizmu epidemii. ORGANY nie
mialy zwykle scislejszych kryteriów wyboru - kogo aresztowac, kogo
oszczedzic; chodzilo tylko o wykonanie planu ilosciowego. Wykonac go
mozna bylo w zawczasu przewidzianym trybie, mozna tez bylo korzystac z
zupelnego przypadku. W 1937 roku do kancelarii NKWD w Nowoczerkasku
przyszla jakas kobieta z pytaniem, co zrobic z nienakarmionym
niemowleciem - dzieckiem jej aresztowanej sasiadki. "Poczekajcie tu,
obywatelko - powiedziano jej - zaraz wyjasnimy". Po dwóch godzinach
czekania zabrano ja z kancelarii do celi: trzeba bylo osiagnac
zaplanowana cyfre, nie starczalo juz agentów na rozjazdy po miescie, a
ta sie sama zglasza! I odwrotnie - po Andrzeja Pawlo, Lotysza
mieszkajacego pod Orsza, przyszlo NKWD: Pawlo nie otworzyl, wyskoczyl
przez okno, udalo mu sie uciec i pojechal prosto na Syberie. I chociaz
mieszkal tam pod wlasnym nazwiskiem, a z dokumentów wynikalo jasno, ze
meldowany jest w Orszy, jednak NIGDY nie siedzial, nigdy nie byl wzywany
przez Organy, nigdy nie padlo nan podejrzenie.
Istnieja przeciez trzy zakresy scigania: ogólnopanstwowy,
republikanski i okregowy. Prawie polowa aresztowanych w trakcie epidemii
nie doczekalaby sie rozeslania listów gonczych dalej niz do granic
okregu. Czlowiek, wlaczony do planu z przyczyn przypadkowych, np. w
wyniku sasiedzkiego donosu, latwo mógl byc zastapiony przez kogos
innego. Jak Andrzej Pawlo, tak samo inni, którzy przypadkiem natrafili
na oblawe, albo na kociol w czyims mieszkaniu, a mieli dosc odwagi by
zaraz uciec, jeszcze przed pierwszym przesluchaniem - nigdy nie byli
scigani, ani pociagani do odpowiedzialnosci, kto zas czekal
sprawiedliwosci, nie ruszajac sie z miejsca, ten dostawal wyrok. I
prawie wszyscy - przytlaczajaca wiekszosc - tak sie wlasnie zachowywali:
malodusznie, bezradnie, jak skazancy.
Z drugiej strony, jest prawda, ze NKWD pod nieobecnosc poszukiwanego
dawalo jego bliskim zakaz wyjazdu - nic nie kosztowalo, rzecz jasna,
zaliczyc sobie obecnych w zamian tego, co uciekl.
Powszechny brak winy rodzi powszechna biernosc. A moze cie wcale nie
wezma? Moze jakos cie to ominie? A.J. Ladyzynski byl wychowawca klasy w
szkole, w prowincjonalnym miasteczku Kologriw. W 1937 roku podszedl do
niego na rynku jakis chlop i przekazal mu czyjes slowa takiej tresci:
"Aleksandrze Iwanowiczu, wyjedz stad, jestes na liscie!". Ale Ladyzynski
zostal: przeciez cala szkola na mnie sie trzyma i i c h wlasne dzieci u
mnie sie ucza - przeciez nie moga mnie aresztowac?... (Po kilku dniach
juz byl za krata). Nie kazdemu jest dane, jak Wani Lewickiemu, rozumiec
juz w wieku lat 14, ze "kazdy uczciwy czlowiek powinien pójsc w koncu
do wiezienia. Teraz siedzi tatus, a jak dorosne, to mnie tez wsadza".
(Wsadzili go, gdy mial 23 lata). Wiekszosc gnusnieje, wpatrzona w
iskierke nadziei.
Skoro jestes niewinny - to za co moga cie w ogóle wsadzic? To BYLABY
OMYLKA! Juz cie wloka za kolnierz, a ty wciaz sam sie zaklinasz: "To
omylka! Na pewno sie zorientuja - i wypuszcza mnie!". Innych wsadzaja w
masie, to tez zdaje sie nie miec sensu, ale i tu u kazdego oddzielnie
jest miejsce na podejrzenia: "a moze tamten wlasnie trafil nie z
przypadku...?". Bo ty! - to juz bezwzglednie jestes bez winy! Wciaz
jeszcze uwazasz Organy za instytucje podporzadkowana ludzkiej logice:
jak sie zorientuja, to wypuszcza.
Po co wiec próbowac ucieczki?... Na co wiec opór?... Przeciez
pogorszysz tym tylko swoja sytuacje, sam im nie pozwolisz pojac ich
wlasnej omylki. Co tam opór! - nawet ze schodów zbiegasz na
paluszkach, bo tak ci kazano, zeby sasiedzi nie slyszeli.
Jak to potem w obozie czlowieka pieklo: a co, gdyby kazdy agent idac
noca lapac ludzi, nie byl pewien, czy wróci zywy i musial zawsze
zegnac sie z rodzina? Gdyby podczas masowych oblaw, na przyklad w
Leningradzie, kiedy za kraty szlo cwierc miasta, ludzie nie siedzieli po
swoich norach, mdlejac z leku przy kazdym trzasnieciu bramy, przy kazdym
kroku na schodach - gdyby zrozumieli, ze teraz nie maja juz nic wiecej
do stracenia i zabrali sie zwawo do urzadzania w sieniach swoich domów
zasadzek - z siekierami, mlotkami, pogrzebaczami, z czym popadlo?
Wiadomo przeciez, ze te nocne gacki nie przychodza w dobrych zamiarach -
wiec nie omyli sie czlowiek dajac w leb zbójowi. Albo taka s u k a z
samotnym szoferem, co juz czeka na ulicy - odstawic by ja jak najdalej
albo przebic gumy.
I wreszcie - czemu tu sie wlasciwie sprzeciwiac? Ze zabrano ci pasek?
Albo, ze kazano stanac w kacie? Albo - ze musisz wyjsc za próg swojego
domu? Aresztowanie sklada sie z drobnych wypadeczków, z rozlicznych
drobnostek - zadna z nich nie jest jakby warta sporu (a nadto mysli
aresztowanego kraza dookola wielkiego problemu: "za co?") - a dopiero
wszystkie te drobnostki razem skladaja sie nieublaganie na proces
aresztowania.
Zreszta - bo to malo sie dzieje w duszy swiezego aresztanta! - juz to
jedno warte jest calej ksiegi. Moga tam byc uczucia, których nigdy
bysmy sie nie domyslili. Kiedy w 1921 roku aresztowano 19-letnia Eugenie
Dojarenko i trzech mlodych czekistów grzebalo w jej poscieli i w
komodzie z bielizna, dziewczyna zachowywala sie spokojnie: nic tam nie
ma, niczego wiec nie znajda. I nagle wzieli w rece jej intymny
pamietnik, którego nawet matce nie moglaby pokazac - otóz czytanie
jej zwierzen przez obcych, wrogo nastawionych chlopaków bolesniej ja
zranilo niz cala Lubianka z jej kratami i lochami. I u wielu innych
ludzi te prywatne uczucia i sklonnosci, którym aresztowanie zadaje
cios, moga okazac sie silniejsze niz lek przed wiezieniem albo wzgledy
polityczne. Czlowiek, nieprzygotowany wewnetrznie na gwalt, zawsze jest
slabszy od gwalciciela.
Nieliczni tylko maja tyle rozumu i smialosci, aby zorientowac sie z
punktu. Dyrektor Instytutu Geologicznego Akademii Nauk, Grigoriew, gdy
przyszli po niego w 1948 roku, zabarykadowal sie i dwie godziny palil
papiery.
Czasami aresztowany czuje przede wszystkim ulge i nawet... RADOSC, ale
to zdarzalo sie glównie w okresie epidemii aresztowan: kiedy naokolo
zabieraja jednego po drugim, jednego po drugim, takich ja ty, a ciebie
omijaja, wciaz jakos zwlekaja, przeciez to wyczerpuje, to dreczy
czlowieka - i nie tylko watlego duchem - gorzej od wszelkiego wiezienia.
Organy rychlo nie doliczylyby sie kupy agentów i srodków transportu
- i wbrew najlepszym checiom Stalina, przekleta maszyna musialaby sie
zatrzymac! ZASLUZYLISMY sobie po prostu na wszystko, co pózniej
nastapilo.
Wasyli Wlasow, nieustraszony komunista, którego tu nieraz jeszcze
wymienimy, odmówil ucieczki, jaka mu proponowali jego bezpartyjni
pomocnicy, a zadreczal sie tym, ze wyaresztowano juz cale kierownictwo
Kadyjskiego powiatu (1937), on zas wciaz jeszcze byl wolny, wciaz wolny.
Mógl wytrzymac tylko cios frontalny - cios nastapil i Wlasow zaraz sie
uspokoil, a przez kilka pierwszych dni w wiezieniu czul sie doskonale.
Duchowny, ojciec Iraks Boczarow w 1934 roku wyjechal do Alma-Aty, zeby
tam niesc pocieche zeslanym wiernym. W tym czasie agenci trzykrotnie
nachodzili jego mieszkanie w Moskwie z nakazem aresztowania. Kiedy
wrócil, parafianki czekaly juz na dworcu z ostrzezeniem. Osiem lat
przerzucali go wierni z jednej kryjówki do drugiej. To koczowanie tak
zadreczylo popa, ze kiedy go nareszcie w 1942 roku aresztowano, zaczal z
radosci glosno chwalic Pana.
W tym rozdziale wciaz mówimy o podstawowej masie, o królikach, nie
wiadomo za co wsadzanych za kraty. Ale w tej ksiazce bedziemy musieli
jeszcze poruszyc sprawy tych, którzy takze w naszym ustroju mogli byc
uznani za politycznych. Wiera Rybakowa, studentka, socjaldemokratka,
marzyla na wolnosci o wiezieniu izolacyjnym w Suzdalu: jedynie tam mogla
liczyc na spotkanie ze starszymi towarzyszami (nikogo juz nie bylo na
swobodzie) i lepsze ugruntowanie swojego swiatopogladu. Es-erka
Katarzyna Olickaja w 1924 roku uwazala sie nawet za niegodna siedzenia w
wiezieniu: przeszli przez nie przeciez najlepsi ludzie Rosji, ona zas
byla jeszcze mloda i nic jeszcze dla Rosji nie zdazyla zrobic. Ale
wolnosc tez juz jej nie wabila. Tak tez obie one poszly do wiezienia - z
duma i radoscia.
"A gdzie opór? Czemuzescie sie nie opierali?" - robia teraz wyrzuty
ofiarom ci, których zostawiono w spokoju.
A tak, sprzeciw powinien byl zaczac sie do razu, od samego aresztowania.
Ale sie nie zaczal.
* * *
I oto - juz cie prowadza. Jesli to dzien, to nadchodzi teraz
nieuchronnie ta krótka, niepowtarzalna chwila, kiedy - bez ostentacji,
z twoja tchórzliwa zgoda, albo ostentacyjnie, z pistoletami w reku -
prowadza cie przez tlum, miedzy setkami takich samych niewinnych i
osaczonych. Ust nikt ci nie zamknal. I teraz powinienbys KRZYCZEC;
krzyczec, ze jestes aresztowany! Ze poprzebierane lotry wylapuja ludzi!
Ze lapia ich na podstawie klamliwych donosów! Ze trwa gluche polowanie
na miliony obywateli! I slyszac takie krzyki wiele razy dziennie i we
wszystkich dzielnicach miasta moze by twoi wspólobywatele nastawili
uszu? Moze aresztowanie przestaloby byc taka latwa robota?
W 1927 roku, kiedy potulnosc jeszcze nie tak bardzo rozmiekczyla nasze
mózgi, na placu Sierpuchowskim, w bialy dzien, dwóch czekistów
próbowalo zaaresztowac kobiete. Kobieta uczepila sie slupa latarni,
zaczela krzyczec, nie chciala ustapic. Zebral sie tlum. (Trzeba bylo
takiej kobiety, ale tez trzeba bylo takiego tlumu! Nie wszyscy
przechodnie odwracali oczy, nie wszyscy woleli przemknac sie cichcem!).
Dziarscy chlopcy od razu stracili rezon. Bo nie potrafia pracowac przy
ludziach. Wsiedli do auta i ulotnili sie. (A kobieta powinna byla od
razu wsiasc do pociagu i wyjechac! Ale wolala przenocowac w domu. Wiec w
nocy odwieziono ja na Lubianke).
Ale z twojego zaschnietego gardla nie wyrywa sie zaden krzyk, a
przechodzacy obok tlum bierze i ciebie, i twoich oprawców za grupe
przyjaciól na przechadzce.
Ja sam nieraz mialem okazje do krzyku.
Jedenastego dnia po aresztowaniu trzej agenci SMIERSZ-a, zajeci trzema
walizami trofeów bardziej niz mna (po dlugiej podrózy juz na mnie
polegali), przywiezli mnie do Moskwy, na Dworzec Bialoruski. Nazywalo
sie toto speckonwój, ale w istocie automaty przeszkadzaly im tylko w
dzwiganiu bardzo ciezkich kufrów: byl to lup nagrabiony w Niemczech
przez nich samych i przez ich naczelników z kontrwywiadu SMIERSZ II
Frontu Bialoruskiego. Konwojowanie mojej osoby dalo im pretekst do
przekazania lupów rodzinom w glebi ojczystego kraju. Czwarta walizke
dzwigalem sam bez zadnej ochoty: byly w niej moje dzienniki i utwory:
dowody rzeczowe w mojej sprawie. Nikt z tej trojki nie znal miasta, moim
zadaniem wiec byl wybór najkrótszej drogi do wiezienia. Ja sam
mialem zaprowadzic ich na Lubianke, gdzie dotad nigdy nie byli (mylilem
ja zreszta z ministerstwem spraw zagranicznych).
Po dobie spedzonej w kontrwywiadzie mojej armii; po trzech dobach w
kontrwywiadzie frontu, gdzie wspólwiezniowie juz mnie oswiecili (co do
oszustw i pulapek sledztwa, grózb, bicia, co do tego, ze kogo zamkna,
tego juz nigdy nie wypuszcza; co do nieuchronnego przydzialu dychy)
cudem wyrwalem sie na swiat bozy i oto juz cztery dni rozjezdzam jak
wolny i otoczony wolnymi, chociaz grzbiet mój lezal juz na zgnilej
slomie obok kubla, chociaz oczy moje widzialy juz sponiewieranych i
pozbawionych snu, uszy slyszaly juz slowa prawdy, usta kosztowaly juz
wieziennej bryji. Czemu wiec milcze? Czemu nie powiem wszystkiego
oszukanym ludziom w ostatniej mojej chwili, gdy jeszcze moge otwarcie z
nimi gadac?
Milczalem w polskim miescie Brodnicy - ale tam moze nikt nie rozumie po
rosyjsku? Nie krzyczalem ani razu na ulicach Bialegostoku - ale moze to
wszystko Polaków nie obchodzi? Ani slowa nie wymówilem na stacji
Wolkowysk - ale ludzi tam bylo przymalo. Jak gdyby nigdy nic
maszerowalem z tymi rozbójnikami po peronach Minska - ale dworzec tam
byl jeszcze rozbity. A teraz prowadze za soba agentów SMIERSZ-a do
krytego biala kopula, górnego, okraglego westybulu stacji
Bialoruska-Srednicowa moskiewskiego metra; stacja zalana jest
elektrycznym blaskiem i z dolu w góre plyna ku nam dwoma
równoleglymi ciagami ruchomych schodów dwa geste rzedy mieszkanców
Moskwy. Wydaje sie, ze wszyscy oni patrza na mnie! Nieskonczonym
lancuchem stamtad, z glebin nieswiadomosci pna sie, pna sie az pod
lsniaca kopule, tu, do mnie, po jedno chociaz slowo prawdy, czemuz to
wiec milcze??!...
A kazdy ma zawsze dobry tuzin gladkich powodów, zeby sie nie poswiecac
i uwazac, ze to sluszne.
Ludzie maja jeszcze nadzieje, ze wszystko jakos sie ulozy i boja sie
swoim krzykiem pogorszyc sprawe (przeciez z tamtego, innego swiata nie
dochodza do nas wiesci, nie wiemy wiec, ze od chwili aresztowania nasz
los jest przesadzony w najgorszy z mozliwych sposobów i ze pogorszyc
go prawie nie mozna). Inni jeszcze nie dojrzeli do tych pojec, które
ukladaja sie w krzyk wsród tlumu. Przeciez tylko rewolucjonista ma
swoje hasla zawsze na wargach, same rwa mu sie z ust, a skad ma je wziac
potulny, trzymajacy sie na uboczu zjadacz chleba? On NIE WIE PO PROSTU,
co ma krzyczec. Jest wreszcie rodzaj ludzi, których piers zbyt jest
pelna, których oczy zbyt wiele widzialy, aby mozna bylo dac upust temu
jezioru w kilku bezladnych okrzykach.
A ja - ja milcze z jeszcze jednego powodu: bo tych ludzi wjezdzajacych
po stopniach dwóch wyciagów wciaz mi jeszcze za malo - za malo! Tu
mój lament uslysza dwie setki, dwa razy po dwie setki ludzi - a co z
dwiema setkami milionów?... Roi mi sie mgliscie, ze kiedys jeszcze cos
krzykne tym calym dwustu milionom...
A tymczasem wyciag nieublaganie niesie mnie w dól, do piekiel, mnie,
czlowieka który nie otworzyl ust.
Milcze jeszcze, gdy idziemy przez Ochotny Riad.
Ani krzykne kolo "Metropolu".
Nie poderwe rak na Golgocie placu Lubianskiego...
* * *
III Sledztwo
Gdyby czechowowskim inteligentom, wciaz zastanawiajacym sie, co bedzie
za dwadziescia-trzydziesci-czterdziesci lat, ktos odpowiedzial, ze za
lat czterdziesci beda w Rosji tortury przy sledztwie, ze beda
czlowiekowi sciskac glowe obrecza, zanurzac go w wannie z kwasem, ze
beda go - nagiego i skutego - wystawiac na ukaszenia mrówek i
pluskiew, ze mu beda wpychac rozzarzony na prymusie wycior w odbytnice
("tajemne pietno"), powoli rozgniatac butem genitalia, a juz co najmniej
- meczyc calotygodniowa bezsennoscia, pragnieniem i biciem na krwawy
befsztyk - ani jedna sztuka Czechowa nie doszlaby do finalu, wszyscy
bohaterowie znalezliby sie wczesniej w domu wariatów.
Ale co tam bohaterowie Czechowa! Jak i w ogóle normalny Rosjanin, w
tej liczbie równiez kazdy czlonek RSDRP móglby w to uwierzyc, kto
potrafilby pogodzic sie z takim oczernianiem swietlanej przyszlosci? To,
co jeszcze za Aleksego Michajlowicza wydawalo sie na miejscu, co za
Piotra juz uchodzilo za barbarzynstwo, co za czasów Birona moglo byc
zastosowane do 10-20 ludzi, co stalo sie juz zupelnie niemozliwe od
czasów Katarzyny - otóz to wlasnie w zenicie wspanialego
dwudziestego wieku, w spoleczenstwie opartym na socjalistycznych
zalozeniach, w okresie, gdy lataly juz samoloty, pojawilo sie radio i
film dzwiekowy - popelnione zostalo nie przez jednego niegodziwca, nie w
jednym jakims zakamarku, ale przez dziesiatki tysiecy specjalnie
wyksztalconych ludzkich bestii, pastwiacych sie nad milionami
bezbronnych ofiar. I czy straszny jest tylko ten wybuch atawizmu,
nazywany dzis wykretnie "kultem jednostki"? Czy moze raczej to jest
straszne, ze tym samym czasie obchodzono u nas uroczyscie stulecie
smierci Puszkina? Ze bezwstydnie wystawiano wlasnie sztuki Czechowa?
chociaz odpowiedz na nie juz byla dana? A moze jeszcze straszniejsze
jest to, ze nawet po trzydziestu latach powiada sie nam: nie trzeba tym
mówic! Kto wspomina o cierpieniach milionów, ten wypacza perspektywe
historyczna! Kto usiluje wniknac w istote naszego porzadku moralnego ten
rzuca cien na postep materialny! Przypomnijcie sobie lepiej puszczone w
ruch wielkie piece i walcownie, przebite kanaly... nie, kanaly lepiej
nie... no to kopalnie zlota na Kolymie, nie, o tym tez lepiej nie...
Zreszta, mozna o wszystkim, byle umiejetnie, chwalac, co nalezy...
Zródlo: Gazeta Wyborcza
http://wyborcza.pl/1,75475,5554956,Archipelag_Gulag.html?skad=rss
--
=======
Jdr
................
http://homepage.ntlworld.com/josephd.ross/index.html
------=_NextPart_000_026F_01C8F7B7.1BA7B270
Content-Type: text/html;
charset="iso-8859-1"
Content-Transfer-Encoding: quoted-printable
<!DOCTYPE HTML PUBLIC "-//W3C//DTD HTML 4.0 Transitional//EN">
<HTML><HEAD>
<META http-equiv=Content-Type content="text/html;
charset=iso-8859-1">
<META content="MSHTML 6.00.6001.18063" name=GENERATOR>
<STYLE></STYLE>
</HEAD>
<BODY>
<DIV>
<DIV>
<DIV><SPAN class=txt_srodtytul>
<H1><FONT face=Arial size=2>
<DIV>
<DIV><SPAN class=txt_srodtytul>
<H1><FONT face=Arial color=#ff0000 size=5>Archipelag
Gułag</FONT></H1>
<H5 class=author><FONT face=Arial color=#0000ff
size=4>Aleksander
Sołżenicyn</FONT></H5>
<H6 class=date><FONT face=Arial size=2>2008-08-05, ostatnia
aktualizacja
2008-08-05 00:33 </FONT></SPAN></H6></DIV>
<DIV><FONT face=Arial><FONT size=2><SPAN
class=txt_srodtytul><U><FONT
color=#ff0000 size=5>I
Aresztowanie</FONT></U></SPAN><BR><BR>Jak
trafia człowiek na ten tajemniczy Archipelag? O każdej porze
dnia lecą tam
samoloty,</FONT></FONT></DIV>
<DIV><FONT face=Arial><FONT size=2> płyną
okręty, turkoczą pociągi - ale
żaden napis na nich nie wskazuje, dokąd jadą. A kasjerzy
</FONT></FONT></DIV>
<DIV><FONT face=Arial><FONT size=2>na dworcach i pracownicy agencji
Sowturist i
Inturist będą zdumieni, jeżeli poprosicie ich
</FONT></FONT></DIV>
<DIV><FONT face=Arial><FONT size=2>o odpowiedni bilecik. Ani
Archipelagu w
ogólności, ani żadnej z jego niezliczonych wysepek
</FONT></FONT></DIV>
<DIV><FONT face=Arial><FONT size=2>ci ludzie nie znają, nie
słyszeli o
niczym.<BR></DIV></FONT></FONT>
<DIV><FONT face=Arial size=2>Ci, którzy jadą na Archipelag,
żeby nim rządzić -
trafiają tam poprzez uczelnie Ministerstwa Spraw
Wewnętrznych.<BR>Ci, którzy
jadą, żeby Archipelagu pilnować - trafiają tam z
poboru, przez komendy
uzupełnień.<BR>Ci zaś, którzy jadą tam
umierać, tak jak my, czytelniku, ci
trafiają tam wyłącznie i koniecznie - poprzez
aresztowanie!! Czy warto mówić, że
to chwila, co łamie całe twoje życie? Ze to piorun, co z
nóg wali? Ze to wstrząs
duchowy nie do pojęcia, z którym nie każdy może
się oswoić i często nabawia się
pomieszania zmysłów?<BR><BR>Wszechświat ma
właśnie
tyle punktów centralnych, ile
w nim żywych istot. Każdy z nas - jest osią świata i
świat rozpada się na
kawałki, gdy człowiek słyszy syknięcie:
"Jesteście aresztowani!".<BR><BR>Skoro c
i e b i e już aresztowano - to czy w ogóle c o ś się
uchowało w tym trzęsieniu
ziemi?<BR><BR>Ale - nie potrafiąc zaćmionym nagle
umysłem
pojąć rozmiarów tego
przewrotu, zarówno najprzemyślniejsi, jak najbardziej
prostoduszni z was, nie
umieją w tej chwili wycisnąć z całego zapasu swoich
doświadczeń nic więcej, jak
te oto słowa:<BR><BR>Ja?! Za co?!<BR><BR>Pytanie to
miliony i
miliony razy już
było zadawane i nigdy nie doczekało się
odpowiedzi.<BR><BR>Aresztowanie - to
nagły i rażący przerzut, przewarstwienie, przeskok, z
jednego życia do całkiem
innego.<BR><BR>Po długiej, krętej ulicy naszego
życia
pędziliśmy szczęśliwie,
albo brnęliśmy smutno wzdłuż jakichś
płotów, płotów, płotów ze
zgniłych desek,
suchej gliny, wzdłuż murów z cegieł, betonu,
żelaza. Nie zastanawialiśmy się -
co kryje się za nimi? Ani okiem, ani domysłem nie
staraliśmy się ich przeniknąć
- a tam właśnie zaczynał się kraj GUŁag,
ręką dotknąć, dwa metry stąd. A ponadto
nie dostrzegaliśmy w tych płotach niezliczonej ilości
szczelnie dopasowanych,
dobrze zamaskowanych drzwiczek, furtek. Wszystkie, wszystkie te furtki
czekały
na nas! - i oto szybko otworzyła się jedna z nich, ta fatalna,
i cztery białe,
męskie dłonie, nie zgrubiałe od pracy, ale chwytliwe,
łapią nas za nogę, za
rękę, za kołnierz, za czapkę, za ucho -
wciągają jak tłumok, a furtka za naszymi
plecami, furtka do dawnego życia, zatrzaskuje się na
zawsze.<BR><BR>To wszystko.
Jesteś aresztowany!<BR><BR>I niczego innego nie umiesz
wymyślić w odpowiedzi
prócz jagnięcego beknięcia:<BR><BR>- Jaa?? Za
co??<BR><BR>Oto czym jest
aresztowanie: to blask oślepiający i cios, które
sprawiają, że teraźniejszość
nagle staje się przeszłością, zaś to, co
niemożliwe, zaczyna być pełnoprawną
codziennością.<BR><BR>I to wszystko. I niczego
więcej nie
jesteś w stanie pojąć
- ani w ciągu pierwszej godziny, ani nawet w trakcie całej
pierwszej
doby.<BR><BR>Jeszcze tylko błyśnie ci w twojej desperacji
cyrkowy, papierowy
księżyc: "To pomyłka! Zaraz się
połapią!".<BR><BR>Cała zaś reszta,
która
składa
się teraz na tradycyjny i literacki poniekąd obraz
aresztowania, zgromadzi się i
ułoży już nie w twojej zmąconej pamięci,
tylko
w pamięci twojej rodziny i
sąsiadów.<BR><BR>To - ostry nocny dzwonek albo szorstkie
pukanie
do drzwi. To -
dziarskie postukiwanie niewycieranych butów czujnych agentów
operacyjnych. To -
przestraszony świadek za ich plecami. (A po co ten świadek? -
ofiary ani o tym
pomyślą, agenci już nie pamiętają, ale
przewidziane to jest w instrukcji, więc
musi facet całą noc przesiedzieć, a rano dać podpis.
Dla wyrwanego z pościeli
świadka to też męka: noc po nocy chodzić i
pomagać w areszcie swoich sąsiadów i
znajomych).<BR><BR></FONT></DIV><PODZIAL_STRONY />
<DIV id=artykul><FONT face=Arial size=2>Tradycyjne aresztowanie -
to jeszcze
zbieranie drżącymi rękoma rzeczy dla porywanego: zmiana
bielizny, kawałek mydła,
coś do jedzenia i nikt jeszcze nic nie wie: co potrzeba, co wolno,
jaka odzież
najlepsza, agenci zaś poganiają i przeszkadzają: "Niczego
nie trzeba. Tam go
nakarmią. Tam ciepło". (Wszystko łgarstwo. A
poganiają - na
postrach).<BR><BR>Tradycyjne aresztowanie - to jeszcze
później,
już po zabraniu
nieboraka, wielogodzinne gospodarowanie w mieszkaniu szorstkiej, obcej,
przemożnej siły. To - wyłamywanie, patroszenie,
ściąganie i zrywanie ze ścian,
wyrzucanie na podłogę z szaf i szuflad, wytrząsanie,
rozsypywanie, rwanie - i
góry rzeczy nagracone na ziemi, i chrzęst pod podeszwami. I nic
świętego podczas
rewizji! Przy aresztowaniu maszynisty kolejowego Inoszyna stała w
pokoju
trumienka z jego dopiero co zmarłym dzieckiem. Stróże prawa
wyrzucili dziecko z
trumny, tam też szukali. Wyrzucają też chorych z
pościeli, zdejmują
bandaże.<BR><BR>I nic w trakcie rewizji nie może
być
uznane za drobiazg! U
historyka-amatora Czetwieruchina zabrano "tyle a tyle arkuszy carskich
dekretów"
- a mianowicie dekret o zakończeniu wojny z Napoleonem, o zawarciu
Świętego
Przymierza i tekst litanii przeciw cholerze z 1830 roku. U naszego
najlepszego
znawcy Tybetu, Wostrikowa, skonfiskowano bezcenne, starożytne
rękopisy
tybetańskie (uczniowie zmarłego zdołali wydostać je
z czeluści KGB dopiero po 30
latach!). Przy areszcie orientalisty Newskiego zabrano manuskrypty
tanguckie (a
po 25 latach za ich odcyfrowanie Newski otrzymał nagrodę
leninowską
pośmiertnie). Z Kargera zaharapczono archiwum jenisejskich
Ostiaków, zakazano
stosowania ułożonego przezeń alfabetu i elementarza - i
tak już musiał się cały
ludek obejść bez piśmiennictwa.<BR><BR>W
języku
inteligentów wszystko to
wymagałoby długich jeszcze opisów, a nasz lud tak powiada o
rewizji: tego
szukają, co nie schowane.<BR><BR>Skonfiskowane rzeczy
wywożą, a czasem każą
nieść aresztowanemu - i Nina Aleksandrowna Palczyńska
musiała nieść na plecach
wór z papierami i listami swego niestrudzonego męża -
nieżyjącego już wielkiego
inżyniera i Rosjanina - IM w paszczę, na zawsze,
niepowrotnie.<BR><BR>A dla
tych, co zostają w domu - długa kolej porujnowanych,
spustoszonych dni. I próby
przekazywania paczek. Ale ze wszystkich okienek tylko poszczekiwania:
"Nie ma w
rejestracji", "nie ma tu takiego!". A jeszcze zanim podejdzie do
okienka, trzeba
- jak to było w Leningradzie, w złą godzinę, przez
pięć dni i nocy tłoczyć się w
kolejce. I dopiero może za pół roku czy za rok, sam
aresztant się odezwie - albo
też ci powiedzą: "Bez prawa korespondencji" - a to
już
prawie na pewno znaczy,
że rozstrzelany.<BR><BR>Jednym słowem -
"żyjemy w
przeklętych warunkach, w
których człowiek może zginąć bez
wieści i
najbliżsi mu ludzie, żona i matka...
całe lata nie wiedzą, co się z nim stało". Prawda
to? A może nie? Napisał to zaś
Lenin w 1910 roku, w nekrologu Babuszkina. Tylko trzeba powiedzieć
jasno:
Babuszkin wiózł transport broni dla celów powstania, za to
też został
rozstrzelany. Wiedział, co ryzykuje. Nie da się tego
powiedzieć o nas,
nieszczęsnych królikach.<BR><BR>Tak wyobrażamy sobie
zwykle
aresztowanie.<BR><BR>I rzeczywiście, nocne aresztowania opisanego
tu typu
przeprowadza się u nas najchętniej, bo mają one
ważne zalety. Wszyscy obecni w
mieszkaniu obezwładnieni są przez strach już od
pierwszego dzwonka. Przyszły
aresztant wyrwany jest z ciepłej pościeli, cały jest
jeszcze w mocy półsennego
bezwładu, rozsądek jego jest przyćmiony. Przy nocnym
areszcie agenci mają
przewagę liczebną: przyjeżdża ich kilku, są
uzbrojeni, a mają przeciw sobie
pojedynczego człowieka w niedopiętych portkach; podczas
rewizji i przygotowań do
drogi na pewno nie zbierze się pod bramą tłum
ewentualnych stronników ofiary.
Niespieszna stopniowość tych wizyt - naprzód w jednym
mieszkaniu, potem w
drugim, jutro w trzecim i czwartym - daje możliwość
racjonalnego wykorzystania
kadry operacyjnej i umieszczenia pod kluczem liczby obywateli
wielokrotnie
większej od całej tej kadry razem
wziętej.<BR><BR>Jeszcze
tę zaletę mają nocne
areszty, że ani sąsiednie domy, ani miejskie ulice nie
widzą ilu w ciągu nocy
wywieziono. Najbliższych sąsiadów postraszono, a dla
dalszych rzecz nie miała
miejsca. Jak gdyby nigdy nic. Tą samą asfaltową
trasą, którą nocą śmigały
karetki więzienne, s u k i, - za dnia kroczy młode pokolenie
ze sztandarami i
kwiatami, śpiewając pełne pogody
pieśni.<BR><BR>Ale
ci, co łapią, ci których
cała praca polega tylko na przeprowadzeniu aresztów, dla
których objawy strachu
u aresztowanych są czymś nudnym i dokuczliwym - mają o
wiele szersze pojęcie o
całej operacji. Mają całą swoją
teorię,
nie trzeba naiwnie sądzić, że jej nie
ma. Aresztowanie - to ważny rozdział w kursie wiedzy
więziennej i ma za podstawę
pewną solidną doktrynę społeczną. Istnieje
klasyfikacja zatrzymań według
rozmaitych cech: są nocne i dzienne, są domowe,
służbowe i drogowe, są
pierwiastkowe i powtórne, są indywidualne i grupowe. Aresztowania
różnią się od
siebie w zależności od stopnia pożądanego
zaskoczenia, od stopnia oczekiwanego
oporu (ale w dziesiątkach milionów wypadków żaden
opór
nie był oczekiwany, ani
go też nie było). Aresztowania różnią
się
zależnie od ważności zaplanowanej
rewizji; zależnie od konieczności (czy jej braku) spisywania
skonfiskowanych
przedmiotów, opieczętowania izby lub całego mieszkania;
zależnie od potrzeby
uwięzienia również żony w ślad za
mężem
i oddania dzieci do sierocińca, bądź
zesłania całej reszty najbliższej rodziny, albo wreszcie
- wtrącenia do obozu
także dziadków.<BR><BR>A jeszcze istnieje osobna REWIZJOLOGIA
(udało mi się
przeczytać broszurę dla adeptów Studium zaocznego z
Ałma-Aty). Bardzo tam chwalą
tych prawników, którzy przy rewizji nie lenili się i
przetrząsnęli 2 tony
nawozu, 6 metrów polan, dwa wozy siana, oczyścili ze śniegu
całą działkę
przyzagrodową, rozebrali kaflowy piec, rozgrzebali gnojówkę,
skontrolowali miski
klozetowe, spenetrowali psie budy, kurniki, domki dla szpaków,
poprzekłuwali
materace, zrywali plastry z ran, a nawet wyrywali metalowe zęby,
żeby znaleźć w
nich mikrodokumenty. Studentom radzi się gorąco, aby zaczynali
od rewizji
osobistej i nią też sprawę kończyli (bo a nuż
rewidowany coś capnął w trakcie) i
żeby jeszcze raz odwiedzili to samo mieszkanie, ale o innej porze -
i powtórzyli
rewizję.<BR><BR>O, nie, nie, aresztowania są bardzo
różnorodne w formie. Irma
Mendel, Węgierka, dostała któregoś dnia w biurze
Kominternu (1926) dwa bilety do
Teatru Wielkiego, do pierwszych rzędów. Śledczy Klegel
zalecał się do niej, więc
go zaprosiła. Całe przedstawienie minęło im na
czułych spojrzeniach, po czym
Klegel zawiózł Irmę... prosto na Łubiankę. A
jeśli chcecie wiedzieć dlaczego
pewnego promiennego, czerwcowego dnia w 1927 roku na Kuźnieckim
Moście
krągłolicej, rudowłosej i pięknej Annie
Skrypnikowej, która dopiero co kupiła
sobie materiał na granatową suknię, jakiś
młody
frant grzecznie pomógł wsiąść do
dorożki (a dorożkarz już się połapał
i
cały się chmurzy: Organy nie zapłacą mu
za kurs) - to musicie zrozumieć, że nie chodzi o randkę,
że to też jest
aresztowanie: za chwilę skręcą na Łubiankę i
wjadą w czarną czeluść
bramy.<BR><BR>Jeśli zaś (22 wiosny później)
komandor-podporucznik Borys
Burkowski, w białym frenczu marynarskim pachnący drogą
wodą kolońską będzie
kupował w cukierni tort dla pewnej panienki - to nie
sądźcie, że tort trafi do
rąk tej panny, bo w istocie zaraz zostanie posiekany nożami
przy rewizji i w tym
stanie wniesiony przez komandora do jego pierwszej celi.<BR><BR>Nie,
nigdy nie
był u nas w pogardzie żaden sposób zatrzymania, ani w
biały dzień, ani w
podróży, ani wśród tłumu. Idzie to
gładko i - tu
właśnie trzeba się dziwić! -
same ofiary w świętej zgodzie z agentami zachowują
się jak najtaktowniej, tak
żeby pozostali przy życiu nie zwrócili nawet uwagi na
zagładę
upatrzonego.<BR><BR>Nie każdego można aresztować w
domu,
po sakramentalnym
zapukaniu do drzwi (a jeśli już kto puka, to z
"administracji", "listonosz"),
nie każdego można aresztować w miejscu pracy. Jeśli
przyszły aresztant jest
człowiekiem przebiegłym, to lepiej wziąć go w
oderwaniu od jego zwykłego
otoczenia - rodziny, kolegów, stronników, z dala od możliwych
schowków: nie
powinien zdążyć niczego zniszczyć, ukryć,
przekazać.<BR><BR>Ludziom ze szczytów
wojskowych czy partyjnych czasem dawano jakieś nowe stanowisko,
podstawiano
salonkę na dworzec, i aresztowano w drodze. Zwykły zaś,
szary śmiertelnik,
ogłuszony masowymi aresztami i już od tygodnia zgnębiony
złowróżbnymi
spojrzeniami zwierzchników - wzywany bywał naraz do miejscowej
organizacji
związkowej, gdzie mu z ciepłym uśmiechem wręczano
skierowanie do sanatorium w
Soczi. Królik wpadał w rozczulenie - obawy okazały się
bezpodstawne! Wyraża więc
wdzięczność, w tryumfie wraca do domu, żeby
spakować walizkę. Do pociągu
wszystkiego dwie godziny, łaje więc żonę za
opieszałość. Jest nareszcie na
dworcu! Ma jeszcze trochę czasu. W poczekalni albo przy kiosku z
piwem, kłania
mu się jakiś przemiły, młody człowiek:
"Nie
poznajecie mnie. Piotrze Iwanyczu?".
Piotr Iwanycz ma chwilę wahania: "Chyba nie... Chociaż...".
Młodzian tryska
braterską sympatią: "Ależ, jak to, jak to, ja wam
przypomnę..." i z szacunkiem
kłania się żonie Piotra Iwanycza: "Proszę
wybaczyć, my z małżonkiem tylko na
minutkę...". Żona nie ma nic przeciwko temu, nieznajomy
zaś trzymając Piotra
Iwanycza konfidencjalnie za łokieć, uprowadza go - na zawsze,
albo na dziesięć
lat.<BR><BR>A dworzec wiruje dookoła i niczego nie widzi...
Obywatele podróżni!
Nie zapominajcie, że na każdym większym dworcu jest
posterunek GPU i kilka
więziennych cel.<BR><BR>Natarczywość tych rzekomych
znajomków jest tak zaczepna,
że człowiek pozbawiony obozowej, wilczej wprawy jakoś nie
potrafi się opędzić.
Nie myśl, że będąc nawet pracownikiem
amerykańskiej ambasady, nazwiskiem, dajmy
na to Aleksander Dołgan, nie zostaniesz aresztowany w biały
dzień, na ulicy
Gorkiego, obok centralnego telegrafu. Nieznajomy twój przyjaciel rzuci
się w
twoją stronę, przepychając się przez tłum,
szeroko otwierając zaborcze ramiona:
„Sasza! - krzyknie z niczym się nie kryjąc - stary byku!
Ileż to lat, ile
zim!... A chodźmyż na bok, żeby ludziom nie
włazić w paradę". A na boku, przy
samym chodniku, już zatrzymuje się auto... (minie kilka dni i
TASS z gniewem
stwierdzi we wszystkich gazetach, że koła zbliżone nic
nie wiedzą o zniknięciu
Aleksandra Dołgana). A co to za sztuka? Nasi mołojcy
łapali w ten sposób ludzi w
Brukseli (tak schwytano Żorę Blednowa), cóż dopiero w
Moskwie!<BR><BR>Trzeba
jednak wyrazić ORGANOM zasłużone uznanie: podczas gdy
dziś przemówienia i sztuki
teatralne wydają się - podobnie jak konfekcja damska -
dziełem jednej sztancy,
rodzaje aresztowań cieszą swoją rozmaitością.
Odprowadzają cię na bok w
fabrycznej portierni, gdzie dopiero co pokazałeś
przepustkę - i już jesteś
złapany, biorą cię ze szpitala wojskowego z
temperaturą 39 stopni (Ans
Bernsztejn) i lekarz nie sprzeciwia się temu (a spróbowałby
się sprzeciwić!);
biorą cię wprost ze stołu operacyjnego, po operacji rany
żołądka (N.M. Worobiew,
inspektor okręgowego wydziału oświaty - 1936) i ledwie
żywego, okrwawionego,
pakują do celi (wspomnienia Karpunicza); starasz się (Nadia
Lewicka) o widzenie
ze skazaną już matką, dają ci je! - a okazuje
się, że to konfrontacja i
aresztowanie! Zapraszają cię w sklepie "Gastronom" do
działu zamówień - i tam
cię aresztują: zostajesz aresztowany przez wagabundę,
który na wszystkie
świętości zaklinał cię,
żebyś mu
pozwolił przenocować pod twoim dachem;
zostajesz aresztowany przez montera, który przyszedł
sprawdzić licznik;
aresztuje cię rowerzysta, który potrącił cię na
ulicy: konduktor w pociągu,
kierowca taksówki, rachmistrz kasy oszczędności i bileter w
kinie - każdy z nich
cię aresztuje, i dopiero poniewczasie możesz sobie
obejrzeć głęboko schowaną
legitymację koloru
bordo.<BR><BR></FONT></DIV><PODZIAL_STRONY />
<DIV id=artykul><FONT face=Arial size=2>Czasem aresztowanie wydaje
się jakąś grą
- tyle zainwestowano w nie zbędnej pomysłowości i sytej
energii, a przecież
ofiara i tak by nie stawiała oporu. Czy agenci operacyjni chcą
w ten sposób
uzasadnić potrzebę swoich funkcji i swojej liczebności?
Jak się zdaje,
wystarczyłoby rozesłać wszystkim upatrzonym króliczkom
po wezwaniu - a już one
same o wyznaczonej godzinie, co do minuty, pokornie staną z
tłumoczkiem pod
czarną bramą urzędu bezpieczeństwa, aby
zająć swoją część powierzchni
mieszkalnej we wskazanej celi. (Zresztą - kołchoźników
tak właśnie bierze się
pod klucz; czy to warto jechać nocą i szukać jakiejś
chaty po bezdrożach? Wzywa
się jednego z drugim do rady gromadzkiej i tam go się już
zabiera, jak swojego.
Czarnoroboczych wzywa się do fabrycznego
kantoru).<BR><BR>--------------------------------------------------------
---------------------------<BR><BR>Rzecz
jasna, każda maszyna ma swoją zdolność
przepustową, nie przełknie więcej, niż
potrafi. W trakcie pękających w szwach od nadmiaru lat
1945-46, kiedy ciągnęły
jeden za drugim kolejowe eszelony het, z Europy, i trzeba było je
wszystkie
naraz pochłonąć i wyprawić do GUŁagu - nie
było już miejsca na tę luksusową grę,
sama teoria porządnie wyleniała, powyłaziły rytualne
piórka i uwięzienie
dziesiątków tysięcy wyglądało jak mizerny apel:
stoją sobie ichmoście ze
spisami, z jednego pociągu wywołują, pakują do
drugiego - i to
wszystko.<BR><BR>W ciągu kilku dziesięcioleci aresztowania
polityczne miały u
nas tę osobliwą cechę, że podlegały im osoby,
które nie popełniły żadnej winy -
i właśnie dlatego nie myślące o żadnym
oporze.
Wytworzyło się powszechne
poczucie osaczenia, szerzyło się przekonanie (w warunkach
systemu paszportów i
meldunków - dosyć słuszne zresztą), że przed
GPU-NKWD nie sposób uciec. I nawet
kiedy epidemie aresztowań dochodziły do zenitu, kiedy ludzie
idąc do pracy co
dzień żegnali się z rodziną, bo nie byli nigdy
pewni, czy wrócą wieczorem -
nawet wtedy prawie nie próbowali uciekać (w rzadkich tylko
wypadkach wybierali
samobójstwo). O to właśnie chodziło. Bezrogi baran
wilkowi
najmilszy.<BR><BR>Powodem tego było też niezrozumienie
mechanizmu epidemii.
ORGANY nie miały zwykle ściślejszych kryteriów wyboru -
kogo aresztować, kogo
oszczędzić; chodziło tylko o wykonanie planu
ilościowego. Wykonać go można było
w zawczasu przewidzianym trybie, można też było
korzystać z zupełnego przypadku.
W 1937 roku do kancelarii NKWD w Nowoczerkasku przyszła jakaś
kobieta z
pytaniem, co zrobić z nienakarmionym niemowlęciem - dzieckiem
jej aresztowanej
sąsiadki. "Poczekajcie tu, obywatelko - powiedziano jej - zaraz
wyjaśnimy". Po
dwóch godzinach czekania zabrano ją z kancelarii do celi: trzeba
było osiągnąć
zaplanowaną cyfrę, nie starczało już agentów na
rozjazdy po mieście, a ta się
sama zgłasza! I odwrotnie - po Andrzeja Pawło, Łotysza
mieszkającego pod Orszą,
przyszło NKWD: Pawło nie otworzył, wyskoczył przez
okno, udało mu się uciec i
pojechał prosto na Syberię. I chociaż mieszkał tam
pod własnym nazwiskiem, a z
dokumentów wynikało jasno, że meldowany jest w Orszy, jednak
NIGDY nie siedział,
nigdy nie był wzywany przez Organy, nigdy nie padło nań
podejrzenie.
<BR><BR>Istnieją przecież trzy zakresy ścigania:
ogólnopaństwowy, republikański
i okręgowy. Prawie połowa aresztowanych w trakcie epidemii nie
doczekałaby się
rozesłania listów gończych dalej niż do granic
okręgu. Człowiek, włączony do
planu z przyczyn przypadkowych, np. w wyniku sąsiedzkiego donosu,
łatwo mógł być
zastąpiony przez kogoś innego. Jak Andrzej Pawło, tak
samo inni, którzy
przypadkiem natrafili na obławę, albo na kocioł w
czyimś mieszkaniu, a mieli
dość odwagi by zaraz uciec, jeszcze przed pierwszym
przesłuchaniem - nigdy nie
byli ścigani, ani pociągani do odpowiedzialności, kto
zaś czekał
sprawiedliwości, nie ruszając się z miejsca, ten
dostawał wyrok. I prawie
wszyscy - przytłaczająca większość - tak
się właśnie zachowywali: małodusznie,
bezradnie, jak skazańcy.<BR><BR>Z drugiej strony, jest
prawdą,
że NKWD pod
nieobecność poszukiwanego dawało jego bliskim zakaz
wyjazdu - nic nie
kosztowało, rzecz jasna, zaliczyć sobie obecnych w zamian
tego, co
uciekł.<BR><BR>Powszechny brak winy rodzi powszechną
bierność. A może cię wcale
nie wezmą? Może jakoś cię to ominie? A.J.
Ładyżyński był wychowawcą klasy w
szkole, w prowincjonalnym miasteczku Kołogriw. W 1937 roku
podszedł do niego na
rynku jakiś chłop i przekazał mu czyjeś słowa
takiej treści: "Aleksandrze
Iwanowiczu, wyjedź stąd, jesteś na liście!". Ale
Ładyżyński został: przecież
cała szkoła na mnie się trzyma i i c h własne dzieci
u mnie się uczą - przecież
nie mogą mnie aresztować?... (Po kilku dniach już
był za kratą). Nie każdemu
jest dane, jak Wani Lewickiemu, rozumieć już w wieku lat 14,
że "każdy uczciwy
człowiek powinien pójść w końcu do
więzienia.
Teraz siedzi tatuś, a jak dorosnę,
to mnie też wsadzą". (Wsadzili go, gdy miał 23 lata).
Większość gnuśnieje,
wpatrzona w iskierkę nadziei.<BR><BR>Skoro jesteś niewinny -
to za co mogą cię w
ogóle wsadzić? To BYŁABY OMYŁKA! Już
cię
wloką za kołnierz, a ty wciąż sam się
zaklinasz: "To omyłka! Na pewno się zorientują - i
wypuszczą mnie!". Innych
wsadzają w masie, to też zdaje się nie mieć sensu,
ale i tu u każdego oddzielnie
jest miejsce na podejrzenia: "a może tamten właśnie
trafił nie z przypadku...?".
Bo ty! - to już bezwzględnie jesteś bez winy!
Wciąż jeszcze uważasz Organy za
instytucję podporządkowaną ludzkiej logice: jak się
zorientują, to
wypuszczą.<BR><BR>Po co więc próbować
ucieczki?... Na
co więc opór?... Przecież
pogorszysz tym tylko swoją sytuację, sam im nie pozwolisz
pojąć ich własnej
omyłki. Co tam opór! - nawet ze schodów zbiegasz na paluszkach,
bo tak ci
kazano, żeby sąsiedzi nie słyszeli.<BR><BR>Jak to
potem w
obozie człowieka
piekło: a co, gdyby każdy agent idąc nocą
łapać ludzi, nie był pewien, czy wróci
żywy i musiał zawsze żegnać się z
rodziną?
Gdyby podczas masowych obław, na
przykład w Leningradzie, kiedy za kraty szło ćwierć
miasta, ludzie nie siedzieli
po swoich norach, mdlejąc z lęku przy każdym
trzaśnięciu bramy, przy każdym
kroku na schodach - gdyby zrozumieli, że teraz nie mają
już nic więcej do
stracenia i zabrali się żwawo do urządzania w sieniach
swoich domów zasadzek - z
siekierami, młotkami, pogrzebaczami, z czym popadło? Wiadomo
przecież, że te
nocne gacki nie przychodzą w dobrych zamiarach - więc nie
omyli się człowiek
dając w łeb zbójowi. Albo taka s u k a z samotnym szoferem,
co już czeka na
ulicy - odstawić by ją jak najdalej albo przebić
gumy.<BR><BR>I wreszcie - czemu
tu się właściwie sprzeciwiać? Ze zabrano ci pasek?
Albo, że kazano stanąć w
kącie? Albo - że musisz wyjść za próg swojego
domu? Aresztowanie składa się z
drobnych wypadeczków, z rozlicznych drobnostek - żadna z nich nie
jest jakby
warta sporu (a nadto myśli aresztowanego krążą
dookoła wielkiego problemu: "za
co?") - a dopiero wszystkie te drobnostki razem składają
się nieubłaganie na
proces aresztowania.<BR><BR>Zresztą - bo to mało
się
dzieje w duszy świeżego
aresztanta! - już to jedno warte jest całej księgi.
Mogą tam być uczucia,
których nigdy byśmy się nie domyślili. Kiedy w 1921
roku aresztowano 19-letnią
Eugenię Dojarenko i trzech młodych czekistów grzebało w
jej pościeli i w
komodzie z bielizną, dziewczyna zachowywała się
spokojnie: nic tam nie ma,
niczego więc nie znajdą. I nagle wzięli w ręce jej
intymny pamiętnik, którego
nawet matce nie mogłaby pokazać - otóż czytanie jej
zwierzeń przez obcych, wrogo
nastawionych chłopaków boleśniej ją zraniło
niż cała Łubianka z jej kratami i
lochami. I u wielu innych ludzi te prywatne uczucia i
skłonności, którym
aresztowanie zadaje cios, mogą okazać się silniejsze
niż lęk przed więzieniem
albo względy polityczne. Człowiek, nieprzygotowany
wewnętrznie na gwałt, zawsze
jest słabszy od gwałciciela.<BR><BR>Nieliczni tylko
mają
tyle rozumu i
śmiałości, aby zorientować się z punktu.
Dyrektor Instytutu Geologicznego
Akademii Nauk, Grigoriew, gdy przyszli po niego w 1948 roku,
zabarykadował się i
dwie godziny palił papiery.<BR><BR>Czasami aresztowany czuje przede
wszystkim
ulgę i nawet... RADOŚĆ, ale to zdarzało się
głównie w okresie epidemii
aresztowań: kiedy naokoło zabierają jednego po drugim,
jednego po drugim, takich
ja ty, a ciebie omijają, wciąż jakoś
zwlekają,
przecież to wyczerpuje, to dręczy
człowieka - i nie tylko wątłego duchem - gorzej od
wszelkiego
więzienia.<BR><BR>Organy rychło nie doliczyłyby
się
kupy agentów i środków
transportu - i wbrew najlepszym chęciom Stalina, przeklęta
maszyna musiałaby się
zatrzymać! ZASŁUŻYLIŚMY sobie po prostu na wszystko,
co później
nastąpiło.<BR><BR>Wasyli Własow, nieustraszony
komunista,
którego tu nieraz
jeszcze wymienimy, odmówił ucieczki, jaką mu proponowali
jego bezpartyjni
pomocnicy, a zadręczał się tym, że wyaresztowano
już całe kierownictwo
Kadyjskiego powiatu (1937), on zaś wciąż jeszcze był
wolny, wciąż wolny. Mógł
wytrzymać tylko cios frontalny - cios nastąpił i
Własow zaraz się uspokoił, a
przez kilka pierwszych dni w więzieniu czuł się
doskonale. Duchowny, ojciec
Iraks Boczarow w 1934 roku wyjechał do Ałma-Aty, żeby tam
nieść pociechę
zesłanym wiernym. W tym czasie agenci trzykrotnie nachodzili jego
mieszkanie w
Moskwie z nakazem aresztowania. Kiedy wrócił, parafianki
czekały już na dworcu z
ostrzeżeniem. Osiem lat przerzucali go wierni z jednej kryjówki
do drugiej. To
koczowanie tak zadręczyło popa, że kiedy go nareszcie w
1942 roku aresztowano,
zaczął z radości głośno chwalić
Pana.<BR><BR>W tym rozdziale wciąż mówimy o
podstawowej masie, o królikach, nie wiadomo za co wsadzanych za kraty.
Ale w tej
książce będziemy musieli jeszcze poruszyć sprawy
tych, którzy także w naszym
ustroju mogli być uznani za politycznych. Wiera Rybakowa,
studentka,
socjaldemokratka, marzyła na wolności o więzieniu
izolacyjnym w Suzdalu: jedynie
tam mogła liczyć na spotkanie ze starszymi towarzyszami
(nikogo już nie było na
swobodzie) i lepsze ugruntowanie swojego światopoglądu.
Es-erka Katarzyna
Olickaja w 1924 roku uważała się nawet za niegodną
siedzenia w więzieniu:
przeszli przez nie przecież najlepsi ludzie Rosji, ona zaś
była jeszcze młoda i
nic jeszcze dla Rosji nie zdążyła zrobić. Ale
wolność też już jej nie wabiła.
Tak też obie one poszły do więzienia - z dumą i
radością.<BR><BR>"A gdzie opór?
Czemużeście się nie opierali?" - robią teraz
wyrzuty
ofiarom ci, których
zostawiono w spokoju.<BR>A tak, sprzeciw powinien był
zacząć się do razu, od
samego aresztowania.</FONT></DIV><PODZIAL_STRONY />
<DIV id=artykul><FONT face=Arial size=2>Ale się nie
zaczął.<BR><BR>* *
*<BR><BR>I oto - już cię prowadzą. Jeśli
to
dzień, to nadchodzi teraz
nieuchronnie ta krótka, niepowtarzalna chwila, kiedy - bez ostentacji,
z twoją
tchórzliwą zgodą, albo ostentacyjnie, z pistoletami w
ręku - prowadzą cię przez
tłum, między setkami takich samych niewinnych i osaczonych.
Ust nikt ci nie
zamknął. I teraz powinienbyś KRZYCZEĆ;
krzyczeć, że jesteś aresztowany! Ze
poprzebierane łotry wyłapują ludzi! Ze łapią
ich na podstawie kłamliwych
donosów! Ze trwa głuche polowanie na miliony obywateli! I
słysząc takie krzyki
wiele razy dziennie i we wszystkich dzielnicach miasta może by twoi
współobywatele nastawili uszu? Może aresztowanie
przestałoby być taką łatwą
robotą?<BR><BR>W 1927 roku, kiedy potulność jeszcze
nie
tak bardzo rozmiękczyła
nasze mózgi, na placu Sierpuchowskim, w biały dzień, dwóch
czekistów próbowało
zaaresztować kobietę. Kobieta uczepiła się
słupa latarni, zaczęła krzyczeć, nie
chciała ustąpić. Zebrał się tłum.
(Trzeba
było takiej kobiety, ale też trzeba
było takiego tłumu! Nie wszyscy przechodnie odwracali oczy,
nie wszyscy woleli
przemknąć się cichcem!). Dziarscy chłopcy od razu
stracili rezon. Bo nie
potrafią pracować przy ludziach. Wsiedli do auta i ulotnili
się. (A kobieta
powinna była od razu wsiąść do pociągu i
wyjechać! Ale wolała przenocować w
domu. Więc w nocy odwieziono ją na
Łubiankę).<BR><BR>Ale z twojego zaschniętego
gardła nie wyrywa się żaden krzyk, a przechodzący
obok tłum bierze i ciebie, i
twoich oprawców za grupę przyjaciół na
przechadzce.<BR>Ja
sam nieraz miałem
okazję do krzyku.<BR><BR>Jedenastego dnia po aresztowaniu trzej
agenci
SMIERSZ-a, zajęci trzema walizami trofeów bardziej niż
mną (po długiej podróży
już na mnie polegali), przywieźli mnie do Moskwy, na Dworzec
Białoruski.
Nazywało się toto speckonwój, ale w istocie automaty
przeszkadzały im tylko w
dźwiganiu bardzo ciężkich kufrów: był to
łup
nagrabiony w Niemczech przez nich
samych i przez ich naczelników z kontrwywiadu SMIERSZ II Frontu
Białoruskiego.
Konwojowanie mojej osoby dało im pretekst do przekazania
łupów rodzinom w głębi
ojczystego kraju. Czwartą walizkę dźwigałem sam bez
żadnej ochoty: były w niej
moje dzienniki i utwory: dowody rzeczowe w mojej sprawie. Nikt z tej
trojki nie
znał miasta, moim zadaniem więc był wybór
najkrótszej
drogi do więzienia. Ja sam
miałem zaprowadzić ich na Łubiankę, gdzie
dotąd
nigdy nie byli (myliłem ją
zresztą z ministerstwem spraw zagranicznych).<BR><BR>Po dobie
spędzonej w
kontrwywiadzie mojej armii; po trzech dobach w kontrwywiadzie frontu,
gdzie
współwięźniowie już mnie oświecili (co
do
oszustw i pułapek śledztwa, gróźb,
bicia, co do tego, że kogo zamkną, tego już nigdy nie
wypuszczą; co do
nieuchronnego przydziału dychy) cudem wyrwałem się na
świat boży i oto już
cztery dni rozjeżdżam jak wolny i otoczony wolnymi,
chociaż grzbiet mój leżał
już na zgniłej słomie obok kubła, chociaż
oczy
moje widziały już sponiewieranych
i pozbawionych snu, uszy słyszały już słowa prawdy,
usta kosztowały już
więziennej bryji. Czemu więc milczę? Czemu nie powiem
wszystkiego oszukanym
ludziom w ostatniej mojej chwili, gdy jeszcze mogę otwarcie z nimi
gadać?<BR><BR>Milczałem w polskim mieście Brodnicy
- ale
tam może nikt nie
rozumie po rosyjsku? Nie krzyczałem ani razu na ulicach
Białegostoku - ale może
to wszystko Polaków nie obchodzi? Ani słowa nie wymówiłem
na stacji Wołkowysk -
ale ludzi tam było przymało. Jak gdyby nigdy nic
maszerowałem z tymi
rozbójnikami po peronach Mińska - ale dworzec tam był
jeszcze rozbity. A teraz
prowadzę za sobą agentów SMIERSZ-a do krytego
białą kopułą, górnego,
okrągłego
westybulu stacji Białoruska-Srednicowa moskiewskiego metra; stacja
zalana jest
elektrycznym blaskiem i z dołu w górę płyną ku
nam
dwoma równoległymi ciągami
ruchomych schodów dwa gęste rzędy mieszkańców
Moskwy.
Wydaje się, że wszyscy oni
patrzą na mnie! Nieskończonym łańcuchem
stamtąd, z głębin nieświadomości pną
się, pną się aż pod lśniącą
kopułę, tu, do mnie, po jedno chociaż słowo prawdy,
czemuż to więc milczę??!...<BR><BR>A każdy
ma zawsze
dobry tuzin gładkich
powodów, żeby się nie poświęcać i
uważać, że to słuszne.<BR><BR>Ludzie
mają
jeszcze nadzieję, że wszystko jakoś się
ułoży i boją się swoim krzykiem
pogorszyć sprawę (przecież z tamtego, innego świata
nie dochodzą do nas wieści,
nie wiemy więc, że od chwili aresztowania nasz los jest
przesądzony w najgorszy
z możliwych sposobów i że pogorszyć go prawie nie
można). Inni jeszcze nie
dojrzeli do tych pojęć, które układają
się w
krzyk wśród tłumu. Przecież tylko
rewolucjonista ma swoje hasła zawsze na wargach, same rwą mu
się z ust, a skąd
ma je wziąć potulny, trzymający się na uboczu
zjadacz chleba? On NIE WIE PO
PROSTU, co ma krzyczeć. Jest wreszcie rodzaj ludzi, których
pierś zbyt jest
pełna, których oczy zbyt wiele widziały, aby można
było dać upust temu jezioru w
kilku bezładnych okrzykach.<BR><BR>A ja - ja milczę z
jeszcze
jednego powodu: bo
tych ludzi wjeżdżających po stopniach dwóch
wyciągów wciąż mi jeszcze za mało -
za mało! Tu mój lament usłyszą dwie setki, dwa razy po
dwie setki ludzi - a co z
dwiema setkami milionów?... Roi mi się mgliście, że
kiedyś jeszcze coś krzyknę
tym całym dwustu milionom...<BR><BR>A tymczasem wyciąg
nieubłaganie niesie mnie
w dół, do piekieł, mnie, człowieka który nie
otworzył ust.<BR>Milczę jeszcze,
gdy idziemy przez Ochotny Riad.<BR>Ani krzyknę koło
"Metropolu".<BR>Nie poderwę
rąk na Golgocie placu Łubiańskiego...<BR><BR>* *
*<BR><BR><SPAN
class=txt_srodtytul><FONT color=#ff0000 size=4>III </FONT><A
class=""
href="mhtml:{7C8A2A86-FEBA-4A03-9143-B88E444D192C}mid://00000603/!x-usc
:http://tematy.wyborcza.pl/%8C/2080,Sledztwo"><FONT
color=#ff0000
size=4>Śledztwo</FONT></A></SPAN><BR><BR>Gdyby
czechowowskim
inteligentom, wciąż zastanawiającym się, co
będzie za
dwadzieścia-trzydzieści-czterdzieści lat, ktoś
odpowiedział, że za lat
czterdzieści będą w Rosji tortury przy śledztwie,
że będą człowiekowi ściskać
głowę obręczą, zanurzać go w wannie z kwasem,
że będą go - nagiego i skutego -
wystawiać na ukąszenia mrówek i pluskiew, że mu
będą wpychać rozżarzony na
prymusie wycior w odbytnicę ("tajemne piętno"), powoli
rozgniatać butem
genitalia, a już co najmniej - męczyć
całotygodniową bezsennością, pragnieniem i
biciem na krwawy befsztyk - ani jedna sztuka Czechowa nie doszłaby
do finału,
wszyscy bohaterowie znaleźliby się wcześniej w domu
wariatów.<BR><BR>Ale co tam
bohaterowie Czechowa! Jak i w ogóle normalny Rosjanin, w tej liczbie
również
każdy członek RSDRP mógłby w to uwierzyć, kto
potrafiłby pogodzić się z takim
oczernianiem świetlanej przyszłości? To, co jeszcze za
Aleksego Michajłowicza
wydawało się na miejscu, co za Piotra już uchodziło
za barbarzyństwo, co za
czasów Birona mogło być zastosowane do 10-20 ludzi, co
stało się już zupełnie
niemożliwe od czasów Katarzyny - otóż to
właśnie
w zenicie wspaniałego
dwudziestego wieku, w społeczeństwie opartym na
socjalistycznych założeniach, w
okresie, gdy latały już samoloty, pojawiło się radio
i film dźwiękowy -
popełnione zostało nie przez jednego niegodziwca, nie w jednym
jakimś zakamarku,
ale przez dziesiątki tysięcy specjalnie wykształconych
ludzkich bestii,
pastwiących się nad milionami bezbronnych ofiar. I czy
straszny jest tylko ten
wybuch atawizmu, nazywany dziś wykrętnie "kultem jednostki"?
Czy może raczej to
jest straszne, że tym samym czasie obchodzono u nas uroczyście
stulecie śmierci
Puszkina? Ze bezwstydnie wystawiano właśnie sztuki Czechowa?
chociaż odpowiedź
na nie już była dana? A może jeszcze straszniejsze jest
to, że nawet po
trzydziestu latach powiada się nam: nie trzeba tym mówić!
Kto wspomina o
cierpieniach milionów, ten wypacza perspektywę historyczną!
Kto usiłuje wniknąć
w istotę naszego porządku moralnego ten rzuca cień na
postęp materialny!
Przypomnijcie sobie lepiej puszczone w ruch wielkie piece i walcownie,
przebite
kanały... nie, kanały lepiej nie... no to kopalnie złota
na Kołymie, nie, o tym
też lepiej nie... Zresztą, można o wszystkim, byle
umiejętnie, chwaląc, co
należy...<BR><BR></FONT></DIV>
<DIV id=source><FONT face=Arial><FONT
size=2><SPAN>Źródło: </SPAN>Gazeta
Wyborcza</FONT></FONT></DIV></DIV>
<DIV><A
href="mhtml:{7C8A2A86-FEBA-4A03-9143-B88E444D192C}mid://00000603/!x-usc
:http://wyborcza.pl/1,75475,5554956,Archipelag_Gulag.html?skad=rss"><FO
NT
face=Arial
size=2>http://wyborcza.pl/1,75475,5554956,Archipelag_Gulag.html?skad=
rss</FONT></A></DIV>
<DIV><BR><FONT face=Arial size=2>--
<BR>=======<BR>Jdr<BR>................<BR></FONT><A
href="mhtml:{7C8A2A86-FEBA-4A03-9143-B88E444D192C}mid://00000603/!x-usc
:http://homepage.ntlworld.com/josephd.ross/index.html"><FONT
face=Arial
size=2>http://homepage.ntlworld.com/josephd.ross/index.html</FONT></A><
/DIV>
<DIV><FONT face=Arial size=2></FONT> </DIV>
<DIV><FONT face=Arial
size=2></FONT> </DIV></FONT></SPAN><FONT
face=Arial
size=2></FONT></H1></DIV></DIV></DIV>
<DIV><FONT face=Arial size=2></FONT> </DIV>
<DIV><FONT face=Arial
size=2></FONT> </DIV></BODY></HTML>
------=_NextPart_000_026F_01C8F7B7.1BA7B270--
[ Auf dieses Posting antworten ]
